W Norwegii znajduje się miasto, w którym mieszkańcy mają zakaz umierania

Nikt z nas nie wybiera dnia ani miejsca, w którym umrze. Jednocześnie śmierć jest naturalną koleją rzeczy. Bez względu na to, jak bardzo nie chcemy o tym myśleć, wszystkim przyjdzie się z nią zmierzyć.

Zakaz umierania

Jakkolwiek absurdalny wydaje się „zakaz umierania”, nawet gdyby istniał, przecież tak naprawdę nie mamy na to wpływu. Na północy Norwegii istnieje jednak miasto, w którym mieszkańcom zabrania się umierać. Wbrew wszelkiej logice, od lat 50-tych ubiegłego wieku faktycznie nikt tam nie umarł.

Mieszkańcy

Brzmi to trochę zwodniczo, warto więc doprecyzować. Mieszkańcy Longyearbyen nie są nieśmiertelni, po prostu nikt nie umarł w obrębie miasta. Zwykle opuszczają osadę, by ostatnie dni spędzić w innym miejscu. Mają też bardzo dobry powód, by właśnie tak postępować.

Longyearbyen

Zasadniczo Longyearbyen można określić mianem krańca świata. Miasto leży na norweskiej wyspie Svalbard. Z łatwością można się więc domyślić, że panuje tam przejmujące zimno.

Temperatura na termometrze bardzo rzadko wędruje powyżej zera, nawet w środku lata króluje mróz. Oznacza to, że ziemia jest w stanie wiecznej zmarzliny.

Dziwne prawo

W Longyearbyen oczywiście mieszkańcy mogą zostać pochowani na lodowatej ziemi, ale zwłoki pozostaną zachowane w doskonałym stanie, bez rozkładu. Pomijając fakt, że mieszkańców ta perspektywa odrobinę przeraża, za „zakazem umierania” skrywa się kilka ważniejszych argumentów.

Pierwszym problemem jest przestrzeń. Choć w tej części świata wolnego miejsca nie brakuje, to mimo wszystko dostępna przestrzeń jest ograniczona. Jeśli każda pochowana osoba po prostu zamarza, w pewnym momencie zabraknie miejsca, a kraina stanie się wielkim cmentarzyskiem.

Hiszpanka

Prawdziwy powód jednak skrywa się pod ziemią. Jeśli zwłoki zamarzają, razem z nimi pochowane jest to, co je zabiło. W takich warunkach wszystko jest doskonale chronione, a wnioski są wynikiem doświadczenia.

W 1918 roku miała miejsce ogólnoświatowa pandemia hiszpanki. Grypa zabiła prawie pięć procent całej populacji świata, dotarła także do Longyearbyen. Wraz ze 100 milionami ludzi, zginęło także 11 mieszkańców swalbardzkiego miasteczka.

Wirus

Ofiary hiszpanki zostały pochowane na wyspie, a w 1950 roku mieszkańcy w końcu odkryli, że ciała się nie rozkładają i w zamarzniętej ziemi pozostają doskonale zachowane. Praktyki zaprzestano i ze strachu przed chorobą zmieniono prawo, by nikt nie mógł zostać pochowany w Longyearbyen.

Mieli w tym sporo racji, bo grupa naukowców zbadała ciała zmarłych na wyspie. Podczas analizy jednej z ofiar grypy okazało się, że wirus nadal tam jest, silny i zachowany dla przyszłych pokoleń. Tak więc 100-letnia epidemia przekonała mieszkańców, by umierać w innych miejscach świata.

Miasto osobliwości

W mieście nie brakuje innych dziwnych zasad. Pomijając fakt, że Słońce nie pojawia się przez pół roku, na popołudniowy spacer należy zabrać karabin – na wszelki wypadek, bo w każdej chwili można stanąć twarzą w twarz z niedźwiedziem polarnym.

W Longyearbyen nie wolno posiadać kota, by chronić ptaki, a w ciągu całego miesiąca można zaopatrzyć się jedynie w określoną ilość alkoholu.

Fotografie: thevintagenews.com